3 dni na Islandii – co zobaczyć?

Alternatywny tytuł: Jak zakochać się w Islandii w 3 dni? Przecież tam wieje, pada, nawet latem jest zimno… Ceny przyprawiają o zawrót głowy, więc jeśli zarabiasz w złotówkach, to prawdopodobnie żyjesz jak nędzarz. A jednak kraina lodu i ognia przyciąga jak magnes swym dziewiczym pięknem, któremu nie sposób się oprzeć. Czy można się w niej nie zakochać?

Nie oszukujmy się, w tym wpisie nie odkryjemy Ameryki. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jesteśmy jednymi z ostatnich blogerów, którzy pojawili się na Islandii. Większość już dawno była, niektórzy po kilka razy. Turystów z roku na rok przybywa, już nawet Azjaci robią sobie sesje ślubne w islandzkich plenerach. Było, więc zdecydowanie inaczej niż w przypadku Azerbejdżanu, o którym stosunkowo niewiele znaleźliśmy informacji i gdzie mogliśmy się poczuć niemal jak odkrywcy. Już każdy szanujący się bloger sporządził stosowny przewodnik po Islandii, a w internecie aż roi się od zdjęć niewiarygodnie pięknych miejscówek. Czemu, więc przybyliśmy tu tak późno można by zapytać?

Powodów jest kilka. Po 1. jest drogo. Mówią, że w Japonii jest drogo czy na Hawajach. No jest, ale nie tak drogo jak na Islandii. To zdecydowanie najbardziej bijący po kieszeni kraj (no, może Norwegia depcze mu po piętach), w jakim byliśmy i chyba ciężko będzie to przebić (ale kto wie). To też od razu wyjaśnia sprawę dlaczego byliśmy tylko 3 dni. Bo tanie bilety na Islandię w tej chwili wcale nie jest ciężko znaleźć (my lecieliśmy z Wrocławia Wizz Airem btw. i wyszło naprawdę very cheap). Schody jednak zaczynają się dopiero później. Bo i owszem można zaoszczędzić i żyć jak skaut tudzież nomad w namiocie przez tydzień czy dwa i żywić się tym, co się przywiozło z Polski (każdy zwiedza tak jak lubi). Ale jakbym miała dygać przez kilkanaście dni na deszczu i wietrze, bez dachu nad głową, a moja dieta oparta by była jedynie o konserwy i zupy z proszku, to miłość do Islandii, o której pisałam na wstępie, nim zdążyła by się zacząć już by się skończyła, sory. Na szczęście dla nas, choć pojawiają się także głosy protestów, ktoś wymyślił coś takiego jak Airbnb. Dzięki temu, udało nam się wynająć naprawdę ładne mieszkanko w Reykjaviku za nieduże (jak na Islandię) pieniądze. Swoją drogą, jeżeli nie macie jeszcze konta, a chcielibyście skorzystać z serwisu AIRBNB, możecie je założyć z naszego polecenia TUTAJ. W ten sposób zyskacie bonus o wartości 100 zł do wykorzystania przy rezerwacji noclegu. Niestety, naszego mieszkanka na Islandii nie da rady już wynająć, bo tak się złożyło, że nasz host je kupił i wystawił na Airbnb tylko na miesiąc, po czym miała tam się wprowadzić na stałe jakaś rodzina. Ale może uda Wam się trafić równie dobrze 🙂 To był prawdziwy fart.

Inny powód naszej opieszałości, to to, że na Islandii ciężko o dobrą pogodę (a my w sumie jesteśmy raczej ciepłolubni). A co jak wywalimy kupę kasy, a tam przez tydzień będzie padał deszcz? A co jeśli, ta Islandia to w sumie sztucznie napompowany balonik i wcale tak pięknie to tam nie jest? Btw. znacie kogoś kto był na Islandii i mówił, że mu się nie podobało? Ja nie.

Mimo wszystko kusiło nas, żeby Islandię chociaż liznąć. I tak stwierdziliśmy, że w 3 dni zrobimy mały rekonesans, sprawdzimy o co tyle halo, czy jest się czym zachwycać. Jeżeli tak, to kiedyś wrócimy na dłużej. Myślicie, że 3 dni to mało, że niewiele da się zobaczyć w tak krótkim czasie? Jasne, jak na Islandię to niedużo, ale też warto!

A słońce w czerwcu prawie nie zachodzi, więc dni są naprawdę długie. Także popularny tekst „nie spać, zwiedzać” ma tutaj sporo sensu. Nie tracąc czasu, już po przylocie ruszyliśmy na tzw. złoty krąg. Nim dotarliśmy pod słynny Gullfoss była już prawie północ. Ku naszemu zdziwieniu nie byliśmy jedynymi turystami w tym miejscu. Sam wodospad jest naprawdę mega, najlepsza atrakcja golden circle, o ile nie jedyna tak naprawdę warta zachodu. Polecam wziąć płaszcz przeciwdeszczowy, przyda się na bank.

Wodospadów na Islandii bez liku. Ale niektóre są wyjątkowo spektakularne. Kolejny obowiązkowy punkt na naszej trasie to Seljalandsfoss, nie to, że już z daleka robi wrażenie, to jeszcze można pod nim przejść. Oczywiście, tak żeby nie zmoknąć nie ma opcji.

Ale nie same wodospady nas urzekły, bo droga sama w sobie była bardzo malownicza. Krajobrazy przywoływały na myśl trochę bardziej wybajerzoną Szkocję.

Początek wyjazdu zdecydowanie zdominowały wodospady. 😀

Pod Skogafoss co prawda nie można było przejść, ale za to można było wejść schodkami na jego szczyt i podziwiać go z góry!

Przy okazji sympatyczni Amerykanie, którzy swoją drogą zarzekali się mocno, że nie głosowali na Trumpa, zrobili nam fotkę.

Jedziemy dalej w stronę Vik.

Kolejny przystanek to półwysep Dyrhólaey. Jak widzicie pogoda zmieniła się całkowicie. Było dużo słońca i niebieskie niebo, prawie jak nie na Islandii.

W tym miejscu znajduje się wiele ścieżek widokowych. Trochę wieje, ale spacer jest naprawdę przyjemny.

Mijamy uroczy kościółek i docieramy do słynnej czarnej plaży.

Reynisfjara cieszy się dużą popularnością wśród turystów. Nie było łatwo zrobić bez nich zdjęcia. Ale w sumie nie ma co się dziwić – piękne miejsce.

Vík to na bank jedno z najładniej położonych miasteczek na świecie.

Fjaðrárgljúfur tą nazwę trzeba zapamiętać. 😀 Ok, to nie będzie prosta sprawa. Może chociaż zapisać? W każdym razie nie możecie tego miejsca pominąć.

Woda spływająca z lodowców podobno wyżłobiła ten kanion. W dole płynie rzeka, a całość robi mega wrażenie. Niestety nie mamy drona, ale zdjęcie z góry to byłaby miazga! No i jest to darmowa atrakcja, tak jak prawie wszystkie na Islandii. W pobliżu jest parking, a wokół wytyczono eleganckie ścieżki i tarasy widokowe.

Islandzkie konie są po prostu piękne i tu nie ma o czym dyskutować.

Było niebieskie niebo i słońce to w końcu musi być i…

…deszcz. A raczej ulewa. Kirkjufell – najsłynniejsza góra Islandii nie pokazała nam swego najlepszego oblicza. Przemokliśmy do suchej nitki, a warunki fotograficzne były bardzo trudne.

Wieczorem, gdy już wysuszyliśmy ubrania, udaliśmy się jeszcze na małą wycieczkę w okolice Reykjaviku.

Chmury i deszcz zdecydowanie dodawały dramatyczności tej surowej scenerii.

Celem był Krísuvík – obszar geotermalny, z którego wydobywa się siarka. Śmierdzi zgniłym jajem, ale widoki są niesamowite.

Zaraz obok znajduje się bijące po oczach swą niebieską barwą jezioro Graenavatn.

Ze względu na fobię Huberta, że nie zdążymy na lot, ostatniego dnia nie oddalaliśmy się zbytnio od lotniska. Pozostało nam dalsze eksplorowanie okolicy Reykjaviku. 😉

Kąpiel w Błękitnej Lagunie to jedna z nielicznych płatnych atrakcji na Islandii. My ze względów czasowych i finansowych zdecydowaliśmy się na krótki przystanek i fotki jedynie z zewnątrz.

Pozostajemy na półwyspie Reykjanes, w okolicach Reykjanestá – najbardziej na południowy-zachód wysuniętego krańca Islandii. Można tu znaleźć wysokie klify stromo opadające wprost do wzburzonego oceanu, skały wyrastające z wody, latarnię morską i geotermalne źródła.

Zajadamy się ostatnim skyrem – podobnym do jogurtu islandzkim przysmakiem (dostępnym w bardzo wielu wersjach smakowych) i ruszamy na lotnisko. Przywitanie z Islandią uznać można za bardzo udane. Myślę, że kiedyś wrócimy na dłużej, ale te 3 dni też zapewniły nam sporo wrażeń.

4 komentarze

  1. Wpis baaardzo zachęcający do odwiedzenia Islandi. A co do kosztów to ile płaciliście za wynajem auta?
    PS. piękne zdjęcia 🙂
    pozdrawiam

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *