Welcome to China! Witamy w Państwie Środka

„Welcome to China” – takie słowa usłyszeliśmy pierwszego dnia od recepcjonistki w hotelu, zaraz po zobaczeniu naszej miny, gdy poinformowała nas, że w Chinach nie mają dostępu do Facebooka, Instagrama, Twittera, Youtuba itd. Dodatkowo łącząc się z internetem musieliśmy podać swój numer paszportu, co na chwilę odwiodło nas od prób obejścia tego wspaniałego systemu.Wracając, jednak do początku. Jako, że nie zapuszczaliśmy się jeszcze tak bardzo na wschód, w końcu przyszła pora;) W Chinach spędziliśmy tylko (albo aż) 10 dni. Mało, żeby zobaczyć czy poznać tak ogromny kraj. W zasadzie zwiedziliśmy tylko jego malutki skrawek. Jakby nie było to jeżeli chodzi o naszą cierpliwość to 10 dni to całkiem sporo. Na początek w sam raz;)Podróż była długa. Po przesiadce w Amsterdamie i kolejnych 9 godzinach lotu, lądujemy w Szanghaju. „Gubimy” po drodze 7 godzin, co skutkuje odczuwalnym jet lagiem przez następne 2-3 dni.

Na lotnisku wsiadamy w Maglev, czyli kolej magnetyczną, która osiąga prędkość 430 km/h, więc nawet nie zdążyliśmy się rozsiąść, a już trzeba wysiadać. Aby dotrzeć do Nanjing Road, w pobliżu której mamy hotel, musimy się przesiąść w metro. Metro w Szanghaju ma 12 linii i jest najdłuższe na świecie. Jest dobrze oznaczone, wszystkie stacje mają nazwy również po angielsku, dzięki czemu bez problemu możemy dotrzeć na miejsce. Przed wejściem do metra odbywa się skanowanie bagaży, co trzeba przyznać jest dość niewygodne, ale to podobno dla naszego bezpieczeństwa 😉

Taki widok to rzadkość. Zwykle metrem podróżuje dużo więcej ludzi. A jeżeli już o ludziach mowa to w Szanghaju jest ich około 25 mln. Ulicami dosłownie płynie morze głów.


W największym mieście Chin (w innych pewnie podobnie) spotkamy chyba wszystkie możliwe środki transportu: samochody, rowery, skutery, riksze i inne różności. Wszystkie mają pieszych w poważaniu. Czerwone światło? Kto by się przejmował! Skuterem po chodniku? No problem!


Z jedzeniem jest trochę kłopot. Nie wiadomo co zamówić. Chińskie specjały średnio nam przypadają do gustu. Menu jak już jest po angielsku, to z obsługą i tak raczej się nie dogadasz, pozostaje pokazać palcem co chcesz. Ostatecznie udaje nam się trafić na coś w miarę smacznego.


Nanjing Road to najbardziej znana ulica w Szanghaju. O każdej porze przewijają się tędy tłumy. To miejsce to istny raj dla miłośników zakupów. Ma ponad 5 km długości i znajdziemy tu sklepy najbardziej znanych światowych marek. Najładniej prezentuje się w nocy, gdy rozbłysną miliony świateł i neonów.





Pudong to wizytówka Szanghaju, taki chiński Manhattan. Nowoczesna dzielnica wieżowców położona jest na wschodnim brzegu rzeki Huangpu. Najbardziej charakterystyczną budowlą tego miejsca jest Oriental Pearl Tower, czyli czwarta co do wysokości na świecie wieża telewizyjna.

Pudong najlepiej podziwiać z Bundu, czyli 1,5 kilometrowej, nadrzecznej promenady, która jest jedną z największych atrakcji Szanghaju. Jak możecie się domyślić znowu jest tu mnóstwo ludzi i trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby zrobić zdjęcie. Widok, jednak robi wrażenie i na pewno trzeba się tu wybrać będąc w tym mieście. Najlepiej na wieczorny spacer.

3 komentarze

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.